Nie wiem...
W jakim świecie się obudziłam, nie wiem.
Nie wiem, bo nie widzę nigdzie Ciebie...
Przecież świat bez Ciebie nie istnieje.
Wciąż słyszę Twój głos, tylko
jakby z oddali.
Nigdzie nie widzę Twoich ust...
Nie widzę Twojej twarzy.
Wykrzyczę cały jad płynący w moim sercu.
Będę krzyczeć, dopóki nie stracę głosu.
Bo nie mogę patrzeć na dzisiejszy świat.
Czuję jak krew gotuje się w cienkich żyłach.
Z bezsilności mogę tylko krzyczeć.
Tylko krzyczeć...
Ochłonę chociaż na chwilę.
Przyszedł znienacka, zakradając się jak cień,
Do anielskiego wyglądu brakowało tylko skrzydeł...
Głosem kuszącym obiecał, że
od teraz piękniejsze będą dzień i noc.
Zatracając się w ciemnych oczach, chwyciłam jego dłoń.
Nie troszcząc się o nic,
spędzaliśmy razem każdą sekundę.
Był jedynym, przed którym nie musiałam się kryć.
Nie musiałam udawać kogoś, kim nie jestem.
Ciepło jego dłoni rozgrzewało ciało,
a jedno spojrzenie utwierdzało w poczuciu bezpieczeństwa.
Tak jak obiecał, tak się stawało...
Do szczęścia niczego nam nie było trzeba.
I choć radość serce wypełniała,
To zmartwienie gdzieś w środku się zrodziło.
Przyjrzałam się aniołowi z bliska.
Niemożliwym zdawało się być,
że twarz tak cudowna
całkowicie zasłaniała brak uśmiechu.
I kiedy się zorientowałam,
czułam już na szyi jego lodowate palce.
Nie mogłam znieść tego cierpiącego wzroku
pytającego: "Dlaczego się poddałaś?"
Przepraszam... Nie wytrzymałam.
Przepraszam, że pokochałam.
Przepraszam panie Samotność...
W pełną niepokoju noc zamknięta w ciasnej klatce.
Delikatne dźwięki fortepianu gubią się
we wszystkich zakamarkach umysłu.
Próbując je odgonić, wbijam sobie paznokcie w dłonie.
Tortury.
Nie jestem w stanie tego wytrzymać,
osuwam się na podłogę i staram doczołgać do ściany.
Błądząc palcami po zimnym betonie,
przypominam sobie moment, kiedy zostawiłeś mnie samą.
Bicie twojego serca po drugiej stronie.
Po prostu je wyczuwam.
Uderzam pięścią w twardy mur z nadzieją,
iż przebiję się do ciebie...
Ale przeszkoda zdaje się
wzmacniać z każdym kolejnym ciosem.
Jest jak ciernista ściana,
która zadaje niewyobrażalny ból,
gdy chce się przez nią przejść.
Dlaczego musieliśmy stworzyć ten cholerny mur kłamstw
oddalający nas od siebie...
Robię kolejny niepewny krok do przodu
po tym niebezpiecznie cienkim lodzie.
Z zamkniętymi oczami i
rękoma rozpostartymi do boków...
I choć czuję się jakbym balansowała po cyrkowej linie,
nie mam ochoty zawracać.
Już nie czuję na nadgarstkach rąk,
które chciałyby mnie zatrzymać.
Ta myśl sprawiła tylko, że przyśpieszyłam.
Nie dający się złamać lód zaczął irytować.
Otworzyłam oczy.
Ciemne niebo zdawało się stać w miejscu,
jakby sparaliżowane.
Wściekłość narastająca w środku
rozkazała biec do przodu, ale nawet to nie sprawiło
przełamania gruntu.
Padając na kolana, zaczęłam uderzać pięściami
w zimny, wciąż opierający się lód.
Chcę się znaleźć pod spodem...
Strużki krwi zaczęły oplatać dłonie,
zanurzyłam w nich palce
niczym pędzle i zaczęłam malować.
"Przepraszam"
Jeżeli jest kogo...
Układając się na wielkiej lodowatej krze jak do snu,
spojrzałam jeszcze raz na zastygnięte niebo.
Poczekam.
Poczekam aż się stopisz...
Znów zaciągam się tym ohydnym powietrzem,
które leniwie zaczyna wypełniać moje płuca.
Pali od środka, ale nie mogąc go kontrolować,
zaciskam przyjemnie zimne dłonie na szyi.
Podnoszę wzrok i spoglądam na czarne niebo
zdające się szydzić z mojej bezsilności.
Kojące ciepło ogarnia zmarznięte palce...
Rdzawe ciepło o kuszącym metalicznym zapachu,
Spływające wolno w dół i kapiące na skażoną ziemię.
Przestaję odczuwać ból, ale do oczu wciąż napływają
słone łzy parzące po chwili policzki.
Chcę krzyczeć, ale coś niewzruszenie ściska gardło.
Chcę zniknąć, ale czyjaś dłoń na złość mnie tu utrzymuje...
Ostatnimi włosów kosmykami
szorujesz po zimnej posadce,
z trudem próbując się do mnie doczołgać.
Twoje piękne niebieskie oczy -
jedyna ozdoba szpetnej twarzy -
patrzą przed siebie zalane ciężkimi łzami.
Na kolanach suniesz do przodu
podparta na drobnych rączkach.
Jak uczące się raczkować małe dziecko.
Coraz trudniej wziąć ci oddech,
ale uparcie się nie poddajesz.
Choć brak ci sił, dasz z siebie wszystko.
Dopiero teraz siniaki dostrzegam
na tym bladym, słabiutkim ciele
i nieświadomie robię mały krok do tyłu.
Widząc to, brwi ściągasz zabawnie
i patrzysz na mnie bez zrozumienia.
Nagle wyciągasz ku mnie dłoń
z nadzieją w wyrazie twarzy,
ale ja jej nie chwycę, jestem w szoku.
W jednej chwili upadasz na twarz
i spoglądasz zlękniona za siebie.
Uśmiechnięta kreatura ciężki łańcuch trzyma
I szarpie bezlitośnie za niego,
ciągnąc cię po twardej podłodze.
Kiedy na to pozwoliłaś?